Lalibela

Lalibela

6 listopada 2010.

Nauczeni wczorajszym doświadczeniem na śniadanie przyrządzamy sobie kaszkę, która miała stanowić awaryjne śniadanie w górach. Zgodnie z ustaleniami, o 8:30 czeka na nas nasz przewodnik. Ruszamy do pierwszej grupy kościołów.

Po drodze przewodnik opowiada historię powstania tego miejsca. Zwiedzanie rozpoczynamy od muzeum, gdzie poznajemy legendę o królu Lalibela i mit o zbudowaniu skalnych kościołów. Po obejrzeniu niewielkiego muzeum okazuje się, że dobrze by było, gdybyśmy wynajęli jeszcze człowieka od pilnowania i noszenia butów. Do kościołów wchodzi się boso, czasem wychodzi się inną drogą. Wtedy buty na swoim miejscu są jak znalazł.

Cena nie powala, więc wynajmujemy człowieka od butów, choć jesteśmy niezadowoleni, że nikt nas o tym nie uprzedził. Strażnicy kapci jak się okazuje mają swój związek, są licencjonowani i mają stałą cenę (20 birrów od pary butów za dzień). Ten nasz okazał się na dodatek bardzo miły. Przed obiadem obejrzymy pierwszą grupę kościołów. Kościoły mają nad sobą zadaszenie wykonane przez UNESCO, które chroni je przed opadami. Na tutejszą, miękką skałę opad deszczu działa jak rozpuszczalnik. Wchodzimy do kolejnych za przewodnikiem i słuchamy jego opowieści. Wygląda na bardzo zaangażowanego. Opowiadając o zabytkach mówi o całej etiopskiej wersji chrześcijaństwa. Daje się wyczuć w jego głosie i sposobie opowiadania, że to jedyna słuszna i prawdziwa wersja. Niestety, takie rzeczy funkcjonują na całym świecie, jak widać. Na szczęście nie indoktrynuje nas za bardzo. Tak więc słuchamy jego opowieści. A mówi ciekawie i ma bardzo dużą wiedzę na temat zwiedzanych zabytków.

Ciekawe jest to, że miejsca te żyją. W kościołach w Lalibeli mieszają się, a raczej mijają się dwa strumienie ludzi. Jeden to miejscowi, praktykujący tu swoje obrzędy, drugi to zwiedzający; obserwatorzy. Wszystko razem zgodnie koegzystuje ze sobą. Etiopczycy ustawiają się w kolejce do księdza, aby ten pogłaskał ich złotym krzyżem po chorych organach ciała, w tym czasie zwiedzający mogą sfotografować taką ceremonię. Wszyscy wyglądają na zadowolonych ;). Ostatni z kościołów przed obiadem to kościół św. Jerzego. Chyba jeden z najbardziej znanych w Lalibeli. Monolit wykuty w skale na planie krzyża greckiego, oddalony od obydwu grup kościołów. Oczywiście są w nim ślady, które Jerzy pozostawił.

Po pierwszej grupie chwila odmiany. Idziemy na miejscowy targ. Handluje się wszystkim, co może być przydatne. Każdy asortyment ma swoje miejsce na targu. Osobno żywe zwierzęta, osobno zboża, gdzie indziej sól, wiele stoisk z miodem. No i trochę ubrań i innych szmatek. A wszystko pod palącym słońcem. Obchodzimy targ i prosimy naszego przewodnika o wskazanie dobrego miejsca na obiad. Mówi coś o hotelu, ale my chcemy jakąś knajpkę dla miejscowych. Przewodnik prowadzi nas do miejsca, które zupełnie na jadłodajnię nie wygląda i jak to zwykle w takich miejscach możemy cieszyć się pyszną injerą. Po południu idziemy do drugiej grupy kościołów. Zwiedzane miejsca już wydają się być do siebie podobne. Najciekawsze jest chyba przejście pomiędzy kościołami przez podziemny tunel. Całość jest tak urządzona, żeby było to dosyć intensywne przeżycie. Ruszamy i powoli światło za nami zanika. Widać coraz mniej, aż w końcu przed nami jest tylko ciemność. Iść trzeba powoli i ostrożnie, tunel nie jest zbyt wysoki ani szeroki. Idziemy i idziemy aż w końcu zaczyna być coś widać. Z każdym krokiem światła jest coraz więcej, aż w końcu docieramy do miejsca, gdzie wszystko już widać. I jest to kościół, który się kiedyś tam zawalił. Ciekawa alegoria, miała być chyba droga do nieba, a trafiamy w ruiny…

Wracamy do hotelu i organizujemy transport na jutro. Mamy dojechać do Mekele. Mamy dwie wersje, albo bus z Lalibeli dowiezie nas na miejsce, albo wysiądziemy w Woldia, gdzie przejmie nas ekipa kierowców od Mikiasa, z którymi potem pojedziemy na Danakil. Wersje zmieniają się co jakiś czas. W końcu staje na tym, że przesiądziemy się w Woldia. Rozliczamy się z hotelem “Lal”. Wychodzi po 2303 birrów za naszą piątkę za 2 noclegi. Drogo, kiepsko i żarcie podłe. Ale to niestety Lalibela i podobno cena jest OK. Nie korzystamy już z hotelowej restauracji. Lepszy jest liofilizat travellunch z awaryjnych górskich zapasów.

Czy warto zwiedzić Lalibelę? Myślę, że tak, choć jestem zwolennikiem zwiedzania zabytków przez ich ominięcie. Jest to zupełnie coś innego, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. A z drugiej strony pokazuje, ile ciężkiej i nikomu niepotrzebnej roboty potrafią wykonać ludzie w religijnym amoku. To się niestety przez te setki lat nie zmieniło. A gdyby tyle pracy przeznaczyć na coś pożytecznego?!?

Zdjęcia z Lalibeli:

2 komentarze

  1. Krzysztof

    “Amok”, bo nie poznałeś osobiście Tego, kogo miłość oni poznali.

    Odpowiedz
    • Piotr Celiński

      Pozwoliłem sobie usunąć spamerskie linki z pańskiego komentarza. Szkoda, że nie dostanie pan mojej odpowiedzi na podany przez pana email: [email protected]. Skoro wstydzi się pan swojego emaila, to chyba lepiej, żebym nie poznawał nikogo :), o kim pan pisze. Pozdrawiam pracujących 27 maja w um.wroc.pl :)

      Odpowiedz

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.