Dalekie kraje
Do Debark przez Gonder
Nasz samolot odlatuje wcześnie rano, ale Mikias zapewnia, że godzina przed odlotem to aż nadto. Zorganizowany przez niego transport zabiera nas z hotelu o 6:15. Mamy godzinę do odlotu. Szybko docieramy na lotnisko, a tu przed wejściem kolejka. I to jaka. Wygląda, że samolot odleci bez nas. Już przy wejściu trzeba wyskoczyć z butów, prześwietlić bagaże, potem kolejka do odprawy, kilka razy zawinięta. No to pięknie.
Warszawa – Frankfurt – Addis Abeba
Wylatujemy wieczorem, 24 października. We Frankfurcie musimy spędzić ponad trzy godziny. Jakoś nikomu nie chce się jechać do miasta, spędzamy więc czas w tym specyficznym miasteczku, jakim jest port lotniczy we Frankfurcie. Przed północą wsiadamy na pokład B767 linii Ethiopian i rozpoczynamy właściwą część podróży.
Skoaddejavri – Fjellbu
Po nocnym spektaklu z zorzami wstajemy później – o 7. O 9:30 wychodzimy. Początkowo poruszamy się wzdłuż szlaku. Tą samą drogą wiodą również stare ślady narciarskie. Trzymamy się więc przetartego szlaku. Jednakże wkrótce ślady narciarskie porzucają szlak. Chwilę zastanawiamy się nad mapą i mamy pomysł na własny wariant. Na razie ślady narciarskie idą w zgodzie z naszą koncepcją, jednakże wkrótce zakręcają gdzieś w bok. Decydujemy się na nasz wariant. Jego zaletą ma być łagodny zjazd do doliny, czego na pewno nie dał by nam szlak.
Čaihnavagge – Skoaddejavri
Wstajemy o 6 i 0 9 wychodzimy. Nasi fińscy sąsiedzi z drugiej chatki wyruszają chwilę po nas. Pada śnieg, wiszą niskie chmury, jest mglisto. Niewiele widać. Finowie stosunkowo szybko nas wyprzedzają. My trzymamy się swojego tempa i ze względu na ograniczoną widoczność często kontrolujemy naszą trasę.
Unna Allakas – Čaihnavagge
Unna Allakas opuszczamy o 9:45. Pogoda cały czas dopisuje, chociaż na szczytach gór pojawiają się pierwsze obłoki. Trasa wiedzie szeroką, płaską doliną. Docieramy do granicy norweskiej i ją przekraczamy. Gdyby nie GPS, nawet nie wiedzielibyśmy kiedy. A tak przynajmniej trzeba się przełączyć na norweską mapę. Schodzimy na jezioro Cunojavri na przeciwko chatki, gdzie planowaliśmy nasz poprzedni nocleg. Nie odwiedzamy jej, tylko idziemy dalej. Z daleka widać, że dotarł tam ktoś z psim zaprzęgiem. Tu, po norweskiej stronie nie wolno jeździć skuterami. Dzięki temu jest spokojniej. Od tej pory ludzi będziemy spotykać rzadziej.
Stuor Karpel – Unna Allakas
Budzik naszego współspacza zaczyna wydawać dziwne dźwięki o 5:30. Gość tylko przewraca się na drugi bok i śpi dalej, My wytrzymujemy do 6:00 i wstajemy. Zbieramy się bardzo powoli, tak, że wychodzimy dopiero o 10. Pogoda jest wspaniała. Piękne słońce. Idzie się bardzo dobrze, trasa jest urozmaicona, wiele podejść i zjazdów.
Riksgränsen – Stuor Karpel
W sumie złapaliśmy ok 2.5 h opóźnienia. Wysiadamy w Riksgränsen. Chcemy kupić jeszcze gaz. Niestety miasteczko jest nastawione na narciarzy zjazdowców i w żadnym z dwóch sklepów nie ma butli EpiGas. Wysyłają nas do Abisko (wiemy, że tam są, bo to miejsce dla narciarzy crosscountry) albo do Katterjåk. Tam zresztą i tak chcemy dotrzeć, aby rozpocząć właściwą część naszej wędrówki. Znajdujemy drogę narciarsko – skuterową. W pobliskim schronisku młodzieżowym postanawiamy się upewnić, czy na pewno doprowadzi nas do celu. W recepcji, na stole stoi duża butla EpiGas. Pan potwierdza, że droga wiedzie do Katterjåk i po konsultacji telefonicznej ze swoim szefem sprzedaje nam gaz. Płacimy jak za pełną butlę, chociaż jest pełna tylko w połowie. Ale jest i jest to nasz jedyny gaz.
Warszawa – Sztokholm
W pierwszy dzień świąt Warszawa jest pusta. O 11 wylatujemy do Sztokholmu liniami Wizz. Samolot prawie pełen. Lot trwa 1 godzinę i 20 minut. Mniej więcej tyle samo, co podróż autobusem z lotniska Skavska – Nyköping do Sztokholmu na dworzec kolejowo – autobusowy. Znajdujemy schowki na bagaże, odbieramy zakupiony przez internet bilet kolejowy i idziemy na starówkę.
Lukla – Kathmandu
Samolot do Kathmandu mieliśmy zaplanowany na 11:30. Przyszliśmy na lotnisko i czekamy. Przed nami przyleciało i odleciało już kilka samolotów. Niestety żaden z nich nie był dla nas.
Po ponad godzinie oczekiwania udaje nam się odprawić bagaż i przejść do pokoju odlotów. Jest tu bardzo zimno, a nadal nie wiadomo co z lotem. Wychodzimy więc na płytę lotniska pogrzać się na słońcu. Odprawiono pasażerów na dwa loty do Kathmandu, wszyscy czekamy.
Lukla 2840 m. npm
Droga z Phakding do Lukli minęła szybko. W odróżnieniu od drogi w drugą stronę, tym razem pogoda była piękna. Do Lukli dotarliśmy ok 11:30.
Arek siedział na tarasie jednej z knajpek. Spotkaliśmy się i zjedliśmy lunch. Tym razem wbrew przyjętym tu regułom – nie w tym lodge, gdzie spaliśmy. Po prostu w Khumbu Resort kuchnia jest kiepska i nie wzbudza zaufania. A lepiej już nie zatruć się niczym.
Khumjung 3790 m. npm
No i znowu jestem koło Everest View Hotel. Przyjemny lodge, do którego dotarliśmy ok 13. Potem lunch i spacer do tutejszej gompy. Mają tu skalp yeti. Istotnie, w szklanej skrzyneczce jest coś włochatego. Czy to prawdziwy skalp yeti, czy jakaś fałszywka – nie wiadomo. Ale tę gompę i tak warto odwiedzić.
Phortse 3805 m. npm
Dobrze się spało w Pheriche. Rano, przed wyjściem w drogę zajrzałem jeszcze do dr Rachel z HRA. Prosiła, żeby się pokazać po powrocie i powiedzieć, jak poszło. Krótkie, ale bardzo miłe spotkanie.
Potem ruszyliśmy. Drogę do rozwidlenia na górne i dolne Pangboche znałem już na pamięć. Tym razem poszliśmy w kierunku górnego Pangboche, gdzie zjedliśmy lunch.
Kala Pattar!
Około 6 rano ruszamy z Lobuche. Po 2 godzinach docieramy do Gorak Shep (5180 m. npm) i chwilę odpoczywamy. Stąd rozpoczyna się podejście na Kala Pattar. Początkowo idzie łatwo, ale po jakichś 200 m do góry robi się coraz ciężej. W sumie niewielka zmiana wysokości powoduje, ze idzie się bardzo ciężko, a im wyżej tym gorzej. Na dodatek nie wiadomo co mieć na sobie. Słońce wprost pali, i kiedy nie wieje wiatr, człowiek ma ochotę zdjąć wszystko z siebie. Kiedy zaś zawieje, nie sposób się założyć kurtki chroniącej od wiatru i ciepłego polara, tak silny i zimny jest ten wiatr.
Znowu w tym samym miejscu
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak źle reagował na wysokość. Noc praktycznie bezsenna i zero sił rano. Nie ma sensu iść wyżej. Czas powoli się kończy, a ja ciągle jestem daleko od celu.
Miałem możliwość przyjrzeć się, jak znany polski himalaista prowadzi swoją grupę trekkingową. Wygląda to trochę tak, jakby maratończyk zaprosił zwykłych ludzi do wspólnego joggingu. Tzn. on jest daleko z przodu, a reszta goni go z mniejszymi lub większymi objawami choroby wysokościowej. Czy na pewno o to w tym chodzi?
Lobuche 4920 m. npm
Doszliśmy z Thukli bez problemów. Lobuche wygląda trochę jak plac budowy. Poprawiana jest obecna infrastruktura (kilka lodge’y), natomiast nie powstają nowe. Poszedłem trochę się poaklimatyzować. Niedaleko od Lobuche, trochę w bok od szlaku stoi włoska stacja badawcza w dachem w formie piramidy obłożonej ogniwami słonecznymi.
Bohaterom południowej ściany Lhotse
Dziś rano Arek zdecydował się nie iść wyżej. Wraz z Tsandrą – naszym tragarzem zeszli niżej. Ja i Thakur przenieśliśmy się do Dingboche – to zaledwie 75 m. wyżej, ale potem zaraz wyruszyliśmy na wycieczkę aklimatyzacyjna w kierunku Chukung.
Szło się tak nienajlepiej. Dotarliśmy do Bibre, gdzie koło niewielkiego Tea Shop’u, na wysokości 4630 m. npm znajduje się czorten z tablicą pamiątkową poświęcona bohaterom południowej ściany Lhotse: Rafałowi Chołdzie, Czesławowi Jakielowi i Jerzemu Kukuczce. Niedługo, 24 października wypada 20 rocznica śmierci Jerzego Kukuczki.























