Ambiko – Chora Leba – Chennek

Ambiko – Chora Leba – Chennek

2 listopada 2010.

Jeszcze wczoraj Salomon załatwił nam transport z Ambiko do Chennek. Pamiętając dość strome i nieprzyjemne zejście z Bwahit do Chora Leba nie bardzo chciało nam się wchodzić tą samą drogą. Samochód miał pojawić się o 6 rano. O tej porze byliśmy spakowani, gotowi i po śniadaniu. Tylko samochodu nie było.

Poczekaliśmy do 7 i ruszyliśmy w dół tą samą drogą, którą przyszliśmy. Minęliśmy dolinę rzeki, do wioski Chora Leba podchodziliśmy już w upalnym słońcu. We wsi zapytaliśmy naszego przewodnika, czy da się zorganizować jakiś transport. Salomon trochę czuł się z tym nieswojo, tak jakby gdzieś kryło się coś, o czym nie wiemy, ale w końcu załatwił nam miejscowy autobus, czyli ciężarówkę wiozącą ludzi na stojąco na pace. Ten środek transportu jest niedozwolony dla turystów, stąd pewnie nienajlepszy humor naszego przewodnika.

Nie wiem ile razy przepłaciliśmy za przejazd, myślę, że wielokrotnie. Nas była piątka, miejscowych – kilka razy tyle, jednak chyba zapłaciliśmy więcej niż wszyscy oni razem wzięci. Jednak w końcu stanęliśmy z przodu skrzyni ładunkowej i ruszyliśmy. Droga wiła się pod górę, wydawało się, że stara, wysłużona ciężarówka mercedes nie da rady pokonać bardziej stromych wzniesień. Jednak nic takiego się nie stało. Przy akompaniamencie wyjącego silnika, trzęsąc się mocno od jego wibracji i nierówności drogi, pięliśmy się serpentynami pod górę.

Jazda okazała się  być przygodą samą w sobie. Co jakiś czas zabieraliśmy kogoś po drodze (albo i nie), co jakiś czas ktoś wysiadał. Kiedy w polu widzenia pojawiał się ktoś, kto mógł być pracownikiem Parku Narodowego, musieliśmy chować się, aby nas nie zauważył. Mieliśmy miejsca z przodu paki i dzięki temu dobry widok do przodu.

Na jednym z prostych odcinków zauważyliśmy stojącą w poprzek drogi inną ciężarówkę ze zmiażdżoną do połowy kabiną. Wyglądało, że tarasuje prawie całą drogę i nie damy rady przejechać. Im bliżej jednak byliśmy, tym bardziej dało się zauważyć, że ciężarówka ta stoi już tam dosyć długo i nikt specjalnie się nią nie przejmuje. Ominęliśmy ją na szerokość lusterka i pojechaliśmy dalej.

Dojechaliśmy w końcu do najwyższego punktu naszej trasy – przełęczy pod Bwahit. Przełęcz ta leży po drugiej stronie szczytu w stosunku do Bwahit Pass, przez która szliśmy pieszo. Tu czekała nas bardzo miła niespodzianka. W pewnej odległości od ciężarówki, w cieniu rzucanym przez lobelie, leżały sobie trzy samce koziorożca abisyńskiego (walia ibex). Wyraźnie było widać ich wielkie rogi. Kierowca nawet zwolnił na chwilę, abyśmy mogli przyjrzeć się zwierzakom. Niestety na dobre zdjęcie z obiektywem 135 mm. nie było można liczyć, a dłuższego nie miałem.

Nieopodal miejsca, gdzie oglądaliśmy koziorożce stała sklecona z blachy budka. Samochód zatrzymał się przy niej. Wysiadł jeden z pasażerów w ubraniu przypominającym polowy mundur, z kałaszem, kilkoma magazynkami i granatami przypiętymi do pasa. Ta budka to regularny punkt strażniczy, a pasażer to żołnierz, który jechał zmienić kolegę.

Odtąd rozpoczął się ostry zjazd w dół. Początkowo miałem obawy, czy ciężarówka jest w stanie wyhamować, ale okazało się wkrótce, że jej hamulce przy jeździe w dół dają sobie radę przynajmniej tak dobrze, jak silnik w jeździe pod górę. Widzimy jakąś ekipę kolarzy górskich – pewnie z Europy. Niestety nie można było przyjrzeć się lepiej – towarzyszył im samochód z obsługi Parku, więc musieliśmy zrobić padnij.

Wysiedliśmy w pewnej odległości od Chennek – z tych samych powodów. Ostatni odcinek pokonaliśmy piechotą w dół wzdłuż krawędzi urwiska.

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.