Kategorie wpisów

StatPress

Odwiedzin dzisiaj: 4
Gości online: 0
Wszystkich odwiedzin
od 4 czerwca 2010:
5334

Biblioteka pod wulkanem

Spotkanie z Anną Pawłowną

Biblioteka pod Wulkanem W tym roku lato jest słabe. Lipiec - 10 stopni Celsjusza, a w czerwcu w Pietropawłowsku jeszcze leżał śnieg. Anna Pawłowna, jak co dzień w południe, otwiera drzwi biblioteki. Dziś od oceanu wieje silny wiatr, co z kolei zdarza się często, bo na południowo-wschodnią część Kamczatki silny wpływ wywiera Pacyfik. Anna Pawłowna włącza piecyk i czeka na pierwszych czytelników z nocnej zmiany, którzy rozpoczynają wachtę o dwudziestej. Biblioteka pachnąca kurzem i starymi woluminami mieści się u stóp wulkanu Mutnowskiego na budowie elektrowni geotermalnej.

Nakaz pracy

Koriakska Sopka Kiedy samolot podchodzi do lądowania w Pietropawłowsku Kamczackim widać pokryte śniegiem wulkany i błękitną Zatokę Awaczińską. Zapiera dech w piersiach. Potem, kiedy pozna się tę krainę, trudno się nie zachwycić. Anna Pawłowna pokochała to miejsce, surową przyrodę - księżycowy krajobraz, wulkany, fumarole, gorące źródła, ocean. Kiedy ma wolne i nie pracuje w bibliotece, prowadzi wycieczki krajoznawcze. Zna tu każdy kamień i strumień; nie ma zakątka, o którym nie miałaby czegoś ciekawego do opowiedzenia.

Sama sobie wybrała to miejsce - Kamczatkę, choć może nie do końca tak było. Kończyła studia, bibliotekarstwo w Moskwie. Trzeba było wybrać miejsce pracy. Długo się zastanawiała, rozpytywała przyjaciół. „Wybierz Rosję” - radzili - „tu zawsze będziesz u siebie.” Wybrała Spitsbergen, ale nakaz pracy dostała jakaś dobrze ustawiona osoba. Nie chciała wracać do siebie na Syberię. Zdecydowała się na Kamczatkę.

Przez szereg lat pracowała w różnych bibliotekach Kamczatki - w Milkowie w środkowej części półwyspu i w Elizowie koło Pietropawłowska na stanowisku dyrektora Centralnego Systemu Bibliotek, ale zmęczyły ją panujące tam układy. Wybrała filię pod Mutnowskim.

Pięć tysięcy woluminów

Plac budowy elektrowni geotermalnej Na początku lat osiemdziesiątych w rejonie Mutnowskiej Sopki, sześćdziesiąt osiem kilometrów na południe od stolicy obwodu - Pietropawłowska Kamczackiego rozpoczęto badania geologiczne. Naukowcy mieli stwierdzić, czy tutejsze gorące źródła dostarczą prąd dla miasta liczącego wówczas dwieście czterdzieści tysięcy mieszkańców.

Wtedy, w 1981 roku, u stóp wulkanu powstała wypożyczalnia, filia Biblioteki Głównej w Elizowie, która udostępniła część swojego księgozbioru pracującym tu naukowcom. Nie było pieniędzy na zakup prasy, więc czasopisma przekazywali geolodzy, i tak jest do dziś.

Domy na palach Gdy w 1994 zakończyły się badania, biblioteka pozostała. Rozlokowała się w piwnicach niskiego domu pozostałego po geologach. Kiedy rok później moskiewska firma Geoterm rozpoczęła budowę elektrowni, w bibliotece pojawili się nowi czytelnicy - robotnicy. Przyjeżdżają tu, bo zarobki są lepsze niż gdzie indziej - Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Mołdawianie, Baszkirowie, ludzie z najdalszych stron byłego imperium i z najbliższej okolicy - Elizowa i Pietropawłowska Kamczackiego.

„Mam sześciuset pięćdziesięciu czytelników” - mówi Anna Pawłowna - „i pięć tysięcy woluminów”. Jest duża rotacja wśród czytelników. Zmieniają się tak jak wachty, co miesiąc lub co trzy miesiące. Jedni wyjeżdżają, drudzy przyjeżdżają.

Na półkach beletrystyka, poezja, chrześcijaństwo, „wszystko o Kamczatce”, powieści kryminalne, fantastyka. „Największym zainteresowaniem cieszą się kryminały i fantastyka. Książki o Kamczatce mam w szczególnej pieczy, ponieważ czytelnicy je kradną. To mój konik. Zdobyłam je własnym staraniem, tak jak większość nowych książek, z wymiany międzybibliotecznej, ponieważ nie dostaję pieniędzy na zakup nowości.”

Anna Pawłowna pracuje w systemie zmianowym. Miesiąc w bibliotece pod wulkanem i miesiąc w domu w Elizowie, ale czasem dłużej zostaje z rodziną, szczególnie zimą, gdy droga jest nieprzejezdna. Wtedy zastępuje ją ktoś inny.

Latem prace na budowie idą pełną parą. Ruch w bibliotece jest duży. Zimą, kiedy spadnie cztery lub pięć metrów śniegu, tempo prac spada o połowę, a do biblioteki wchodzi i wychodzi się przez dach, zanim kierowca pługu śnieżnego nie wykona swojej roboty, dlatego też nowe budynki dla robotników postawiono na palach. Wieczory zimowe w ciepłej czytelni są długie. Anna Pawłowna zamyka bibliotekę o dwudziestej trzeciej.

Na Marata i Engelsa (Irkuck, Bajkał, 2000)

Dom na ulicy Marata w Irkucku. Jak sobie wyobrażamy Syberię? Mrozy, kibitki, tajga i drewniane domki. Przez dwa tygodnie pobytu w górach widzieliśmy tylko tajgę, jeśli nie liczyć naszego krótkiego przemarszu przez wioskę Bajkalskoje i przystani wodolotu „Kometa” w Irkucku. Gdy zeszliśmy z gór na brzeg morza, jak miejscowi nazywają jezioro Bajkał, spotkaliśmy pewnego globtrotera, który namówił nas na zwiedzanie starego Irkucka. Plan miasta można kupić w kiosku, żeby się błąkać bardziej systematycznie. Pewne kamienice, między innymi dom gubernatora, zostały zaznaczone na nim jako zabytki godne zobaczenia. A domy drewniane? Większość nadgryzł już ząb czasu i nie poleca się ich jako atrakcji turystycznej. Trzymają się jeszcze w bocznych uliczkach. Dużo pięknych budynków jest na rewolucjonistów - Marata i Engelsa oraz Dekabrskich Sobytij. Stoją po kolana w ziemi. Łuszczą się. Ich oczy - okiennice - smutno patrzą w przyszłość.

Irkuck
Stary, drewniany, dom w Irkucku. Stolica Wschodniej Syberii. Dawne kozackie zimowisko, założone w 1661, rozrastało się szybko. Po 25 latach otrzymało prawa miejskie. W roku 1764 zostało siedzibą guberni, a na początku XIX wieku generałgubernatorstwa obejmującego całą Syberię. Wielki pożar, który wybuchł 1879 roku, zniszczył większość zabytkowych osiemnastowiecznych budynków. Nasz pobyt był krótki, więc nie wzięliśmy systematycznego kursu historii. Wędrując ulicami miasta otarliśmy się tylko o życie tych ludzi. Szkolny rosyjski nie pozwala może na swobodną konwersację, ale dogadać się można. Od Moskwy, przez Irkuck, Sewierobajkalsk, Bajkalskoje i Niżnieangarsk - wszędzie spotkaliśmy ludzi, których rozumieliśmy, i którzy nas rozumieli. To bardzo komfortowa sytuacja w podróży. Nie dziwił nas język, ani postawy, ani zachowanie. Toyota w rzece Zdziwili się raczej miejscowi, właściciele Toyoty, która utknęła w górskim strumieniu tuż za Bajkalskoje. Zapytali nas: - Po co tu właściwie przyjechaliście? - Żeby pomóc wam wyciągnąć samochód z wody - odpowiedzieliśmy, czym wzbudziliśmy radość.

Spotkania
Spośród osób, które spotkaliśmy na naszej drodze wymienię: „gławnogo taksistsa goroda”, jak się określił na wizytówce, który upchnął siedem osób i siedem plecaków w swojej Wołdze, leśniczego (sprzedał nam bilet wstępu do rezerwatu ze zniżką dla lepszych obcokrajowców w wysokości 50%), właścicieli rzeczonego samochodu, wysoko w górach chłopaków w trampkach z Sewierobajkalska (przed chwilą spotkali niedźwiedzia), gospodarzy prowadzących sanatorium w Kotel’nikowskim nad brzegiem Bajkału, ich psa i kuracjuszki (pies lubił wybrańców), Nie chodź tam... kapitana stateczku Angara i jego pomocnika (dopłynęliśmy do portu mimo zepsutego steru), dyrektorkę z ośrodka sportowego dla młodzieży w Niżnieangarsku (przygarnęła nas na noc i nakarmiła ptysiami), amerykańskie turystki w wodolocie (czytały „Księżniczkę Syberii”, co nas upewniło, że znajdujemy się tu, gdzie chcieliśmy), sprzedawców prażonych nasion limby i kwasu w Irkucku (pycha!) oraz małe dziewczynki na ulicy Engelsa (trochę zawstydzone i wesołe). I wiele innych osób. Ale prawdziwym celem naszej wycieczki były Góry Bajkalskie, a tam spotkanie z komarami.

W górach
Biwak w Gorach Bajkalskich. Lipiec 2000. Obowiązkowy strój codzienny składał się z nakrycia głowy z siateczką, lekkiej koszuli, długich spodni i bawełnianych rękawiczek. Roje komarów dały nam odetchnąć dopiero powyżej granicy lasu w pobliżu przełęczy Galkin. Szliśmy w górę rzeki Goremyki przez tajgę, zarośla karłowatej limby i gołoborza pokryte roślinnością tundrową. Schodziliśmy w dół z biegiem Kurkuli uchodzącej do Bajkału. Gotowaliśmy na ognisku. Spaliśmy w namiocie. I byliśmy szczęśliwi, że tak mało tu ludzi. Drzewa, skały, strumienie, jeziora, zimna woda, pot i komary - to była nasza codzienność. Tylko grzyby nie były codziennie. I sos do ryżu z granulatem sojowym.