|
|
Piotr Celiński,  10 grudnia 2008
Ten tekst powstał na moim blogu Andy Patagonia 2008 i został stamtąd skopiowany z zachowaniem daty wpisu.
Umieściłem 3 zaległe zdjęcia – 2 w poście „Laguna Toncek” i jedno w „Cerro Tronador”. Chyba trzeba znow wziąć się za obróbkę RAWów w aparacie.
Jeszcze kilka wrażeń z Torres del Paine. Aby zobaczyć te skalne wieże, trzeba wspiąć się kilkaset metrów do miejsca, z którego są dobrze widoczne. Pierwszego dnia trekkingu (4 grudnia) dotarliśmy do obozu „Campamiento Torres”, skąd jeszcze tego samego dnia poszliśmy zobaczyć Torres del Paine po raz pierwszy. Podchodziliśmy w różnym tempie i okazało się, że kiedy dotarłem do miejsca, z któego rozciąga się widok na skalne wieże, były tam tylko dwie osoby, które zaraz poszły w dół. Miałem więc okazję być przez kilka minut sam w tym naprawdę niezwykłym miejscu. Trzy potężne skalne kolumny rozdzierają przepływające przez ich wierzchołki chmury. U ich podnóża płat wiecznego śniegu jakby odcinał je od ich skalnej podstawy. Poniżej jezioro o brudnozielonej wodzie dopełnia całości obrazu. Widok niesamowity.
Następnego dnia rano poszliśmy na wschód słońca (5:34) w to niezwykłe miejsce. Liczyliśmy na to, że skalne wieże będą oświetlone różowoczerwonym światłem wschodzącego słońca. Niestety, aby oglądać ten spektakl, trzeba być tu o innej porze roku. Albo wcześniejszą wiosną, albo późną jesienią. Tylko wtedy okoliczne góry nie przesłaniają światła wstającego słońca.
Ale i tak było ładnie.

Piotr Celiński,  9 grudnia 2008
Ten tekst powstał na moim blogu Andy Patagonia 2008 i został stamtąd skopiowany z zachowaniem daty wpisu.
Dziś krótko, bo za chwile zamykają tę kafejkę internetowa. W górach byliśmy 6 dni, z tego 4 trekking z plecakiem, 1 wycieczka na lekko i ostatni dzisiejszy – trochę odpoczynku, powrotny rejs po jeziorze Grey, z przepłynięciem tuż przed czołem lodowca Grey i przejazd do Puerto Natales. W czasie pierwszych 4 dni pokonaliśmy 89 km w poziomie i ok. 6600 m podejścia ze średnią prędkością 4.1 km/h. Danych z 5 dnia nie mam, bo nie zmieniłem na czas akumulatorków w GPSie.
Zrobiliśmy tak zwany trekking „W”, którego nazwa pochodzi od litery W, którą ów trekking kreśli na mapie. Niektóre odcinki pokonuje się tam i z powrotem, ale warto. Szliśmy od zachodu na wschód i moim zdaniem jest to ciekawszy kierunek, ze względu na niesamowite krajobrazy, które widać po drodze wzdłuż jeziora Nordenskjolda. Widzieliśmy wieże Torres del Paine i cały masyw skalny, którego są częścią.
Pogoda była łaskawa, jednak patagońskie wiatry dały znać o sobie; w porywach mogły przekraczać 150 km/h. Nawet z plecakiem nie łatwo było utrzymać się na nogach w jednym miejscu. Wiatr przestawiał nas jak chciał.
Dziś już nie będzie ani zdjęć, ani bogatszego opisu. Jak tylko czas pozwoli nadrobię zaległości. Jutro jedziemy z powrotem do Argentyny, do El Chalten przez El Calafate, a tam czekają na nas Cerro Torre i Fitz Roy.
Poniżej mapka naszego trekkingu ze zdjęciami dodana 20.03.2009
 Nasza trasa
Pokaz slajdów PicLens Lite  
Piotr Celiński,  3 grudnia 2008
Ten tekst powstał na moim blogu Andy Patagonia 2008 i został stamtąd skopiowany z zachowaniem daty wpisu.
Dotarliśmy do Puerto Natales. To małe miasteczko w Chile, które jest początkiem każdej drogi do Torres del Paine. Przejazd autobusem z El Calafate zajął nam ponad 6 godzin i nie było już możliwości pojechania dziś w góry. Tak wiec trekking rozpoczniemy jutro. Planowana trasę zrobimy w druga stronę, tak będzie efektywniej ze względu na uwarunkowania transportowe, o których się na miejscu dowiedzieliśmy.
Do Chile teoretycznie nie wolno wwozić żadnych produktów roślinnych i zwierzęcych. Na granicy obawialiśmy się, czy nie stracimy całego naszego jedzenia na trekking, ale kontrola była bardziej formalna niż rzeczywista. A zresztą jedyną rzeczą nieodtwarzalna są liofilizaty, resztę można kupić na miejscu, w małym Puerto Natales supermarket jest zaopatrzony lepiej niż w turystycznym El Calafate.
W odróżnieniu od tego ostatniego, Puerto Natales jest przyjemnym, spokojnym miasteczkiem. Owszem, pełno tu sklepów turystycznych, agencji, różnego rodzaju noclegów i restauracji, ale całość nie robi takiego fatalnego wrażenia jak El Calafate czy Krupówki. No i jest znacznie taniej.
Tak wiec następny post za minimum 5 – 6 dni.

|
|