Galeria autorska Piotra Celińskiego

Na Marata i Engelsa

Ulica Marata Jak sobie wyobrażamy Syberię? Mrozy, kibitki, tajga i drewniane domki. Przez dwa tygodnie pobytu w górach widzieliśmy tylko tajgę, jeśli nie liczyć naszego krótkiego przemarszu przez wioskę Bajkalskoje i przystani wodolotu „Kometa” w Irkucku. Gdy zeszliśmy z gór na brzeg morza, jak miejscowi nazywają jezioro Bajkał, spotkaliśmy pewnego globtrotera, który namówił nas na zwiedzanie starego Irkucka. Zapadnięty dom Plan miasta można kupić w kiosku, żeby się błąkać bardziej systematycznie. Pewne kamienice, między innymi dom gubernatora, zostały zaznaczone na nim jako zabytki godne zobaczenia. A domy drewniane? Większość nadgryzł już ząb czasu i nie poleca się ich jako atrakcji turystycznej. Trzymają się jeszcze w bocznych uliczkach. Dużo pięknych budynków jest na rewolucjonistów - Marata i Engelsa oraz Dekabrskich Sobytij. Stoją po kolana w ziemi. Łuszczą się. Ich oczy - okiennice - smutno patrzą w przyszłość.

Irkuck
Stolica Wschodniej Syberii. Dawne kozackie zimowisko, założone w 1661, rozrastało się szybko. Po 25 latach otrzymało prawa miejskie. W roku 1764 zostało siedzibą guberni, a na początku XIX wieku generałgubernatorstwa obejmującego całą Syberię. Wielki pożar, który wybuchł 1879 roku, zniszczył większość zabytkowych osiemnastowiecznych budynków. Nasz pobyt był krótki, więc nie wzięliśmy systematycznego kursu historii. Toyota w strumieniu Wędrując ulicami miasta otarliśmy się tylko o życie tych ludzi. Szkolny rosyjski nie pozwala może na swobodną konwersację, ale dogadać się można. Od Moskwy, przez Irkuck, Sewierobajkalsk, Bajkalskoje i Niżnieangarsk - wszędzie spotkaliśmy ludzi, których rozumieliśmy, i którzy nas rozumieli. To bardzo komfortowa sytuacja w podróży. Nie dziwił nas język, ani postawy, ani zachowanie. Zdziwili się raczej miejscowi, właściciele Toyoty, która utknęła w górskim strumieniu tuż za Bajkalskoje. Zapytali nas: - Po co tu właściwie przyjechaliście? - Żeby pomóc wam wyciągnąć samochód z wody - odpowiedzieliśmy, czym wzbudziliśmy radość.

Spotkania
Małe dziewczynki Spośród osób, które spotkaliśmy na naszej drodze wymienię: „gławnogo taksistsa goroda”, jak się określił na wizytówce, który upchnął siedem osób i siedem plecaków w swojej Wołdze, leśniczego (sprzedał nam bilet wstępu do rezerwatu ze zniżką dla lepszych obcokrajowców w wysokości 50%), właścicieli rzeczonego samochodu, wysoko w górach chłopaków w trampkach z Sewierobajkalska (przed chwilą spotkali niedźwiedzia), gospodarzy prowadzących sanatorium w Kotel'nikowskim nad brzegiem Bajkału, ich psa i kuracjuszki (pies lubił wybrańców), kapitana stateczku Angara i jego pomocnika (dopłynęliśmy do portu mimo zepsutego steru), dyrektorkę z ośrodka sportowego dla młodzieży w Niżnieangarsku (przygarnęła nas na noc i nakarmiła ptysiami), amerykańskie turystki w wodolocie (czytały „Księżniczkę Syberii”, co nas upewniło, że znajdujemy się tu, gdzie chcieliśmy), sprzedawców prażonych nasion limby i kwasu w Irkucku (pycha!) oraz małe dziewczynki na ulicy Engelsa (trochę zawstydzone i wesołe). I wiele innych osób. Ale prawdziwym celem naszej wycieczki były Góry Bajkalskie, a tam spotkanie z komarami.

W górach
Biwak Obowiązkowy strój codzienny składał się z nakrycia głowy z siateczką, lekkiej koszuli, długich spodni i bawełnianych rękawiczek. Roje komarów dały nam odetchnąć dopiero powyżej granicy lasu w pobliżu przełęczy Galkin. Szliśmy w górę rzeki Goremyki przez tajgę, zarośla karłowatej limby i gołoborza pokryte roślinnością tundrową. Schodziliśmy w dół z biegiem Kurkuli uchodzącej do Bajkału. Gotowaliśmy na ognisku. Spaliśmy w namiocie. I byliśmy szczęśliwi, że tak mało tu ludzi. Drzewa, skały, strumienie, jeziora, zimna woda, pot i komary - to była nasza codzienność. Tylko grzyby nie były codziennie. I sos do ryżu z granulatem sojowym.

Tekst:©Małgorzata Purzyńska

©Piotr Celiński
Wszelkie prawa zastrzeżone
Powered by glRyjek 1.0

Łapy precz od Rospudy!!!